socjotechnika.net Prawdopodobnie najlepszy serwis socjotechniczny w Polsce!

Reguła autorytetu

Dość plastycznym przykładem działania reguły autorytetu jest krótki dowcip rysunkowy, który znalazł się w jednej z gazet. Właściciel samochodu odbiera swoje auto od mechanika. Mechanik mówi do niego: „Musiałem wymienić zespół diod sterujących sondą beta, gdyż przebicie w jednej z nich powodowało niewłaściwe sygnały do alternatora”. A obok dopisek: „Tłumaczenie: Tak naprawdę to wymieniłem jedną świecę, ale jakoś musisz przełknąć rachunek, który zaraz zobaczysz”. Twarz klienta słuchającego owego „technicznego bełkotu” wyrażała zdziwienie połączone z głęboką wiarą w usłyszane słowa.

Ten dowcip dobrze oddaje jeden z aspektów reguły autorytetu. Gdy słyszymy niezrozumiały potok słów, który brzmi „dość mądrze”, automatycznie zakładamy, że mówiąca osoba jest „mądra”, a jej autorytet niemal onieśmiela nas i rozbraja.

Problem tkwi nie w samej regule, gdyż wynika ona z trwającej dziesiątki tysięcy lat ewolucji gatunku ludzkiego i równie długiej historii tworzenia dziedzictwa kulturowego. Jak wszystkie pozostałe reguły socjotechniczne, w wielu sytuacjach wielopoziomowy system posłuszeństwa wobec autorytetów przynosi społeczeństwu konkretne korzyści. Pozwala na wdrożenie systemów produkcji i rozdziału dóbr, obrony, ekspansji i w pewnym koniecznym zakresie kontroli nad obywatelami. Bez tych mechanizmów każde społeczeństwo prędzej czy później popadłoby w anarchię, która doprowadziłaby do jego rozkładu i autodestrukcji.

Negatywny wpływ reguły autorytetu polega na automatycznym reagowaniu, ślepym posłuszeństwie i nieumiejętności odróżniania autorytetu prawdziwego, któremu rzeczywiście należy się uległość czy szacunek, od autorytetu sztucznie wykreowanego przez manipulatora.

Doświadczenie Milgrama

Oficjalnie badanie, o którym mowa (przeprowadzone w latach sześćdziesiątych XX wieku przez amerykańskiego profesora Stanleya Milgrama, a opisane przez Kevina Wrena w książce Wpływ społeczny) miało na celu wykazać zdolność zapamiętywania nowych pojęć pod wpływem impulsów elektrycznych o coraz większym napięciu. Ochotnicy pełnili rolę asystentów profesora i na jego polecenia powodowali generowanie impulsów. Za każdy błąd w zapamiętywaniu badany był „karany” porażeniem prądem o coraz wyższym napięciu. Tak naprawdę prąd nie był włączany, zaś badanym był wynajęty aktor, który symulował konwulsje wywoływane rzekomym rażeniem prądem. Faktycznymi badanymi byli owi „asystenci” profesora Milgrama, a prawdziwym tematem badania – poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, jak daleko ludzie są zdolni podążać za autorytetem.

Wyniki były szokujące. Wachlarz zachowań aktora udającego porażenie przechodził przez wszystkie możliwe stany emocjonalne – od symulowania nieprzyjemnego ukłucia prądem, poprzez grymasy bólu, krzyki, żądania przerwania doświadczenia, płacz, błagania o litość, a nawet wywołany rzekomym ogromnym bólem zanik reakcji. Mimo to badani posłusznie wykonywali polecenia autorytetu. Mało kto robił to z kamienną twarzą. Większość osób reagowała emocjonalnie, niektórzy byli na skraju załamania nerwowego. Jednak spokojny, pozbawiony emocji i stanowczy głos autorytetu brał nad nimi górę. W efekcie większość badanych spełniła odrażające polecenie i świadomie zadawała innej osobie ból przynajmniej dwadzieścia razy.

Autorytet lidera grupy

Silną, autorytarną pozycję lidera zaobserwować można w każdym gatunku, zarówno u ludzi, jak i u zwierząt. Lider wyznacza kierunek rozwoju i akceptuje lub odrzuca wszelkie nowości czy zmiany. Naukowcy zaobserwowali, że próby wprowadzenia zmian w pożywieniu podawanym małpom są nieskuteczne, jeśli docierają do stada przez osobników o niskim statusie w grupie. W pierwszej fazie eksperymentu opisywanego przez Roberta Ardreya w książce The Social Contract jedzenie o zmienionym smaku podawano osobnikom usytuowanym na niższych szczeblach drabiny społecznej w grupie. Po upływie roku paszę o nowym smaku spożywało niewiele ponad połowy stada, przy czym w grupie tej nie było ani jednego osobnika o wyższym statusie. W drugiej fazie eksperymentu zmienione pożywienie podano najpierw liderom grupy. Ponieważ zostało ono przez nich zaakceptowane, wystarczyły cztery godziny, by nową paszą zajadało się całe stado. Zmiana dotyczyła więc dwukrotnie większej liczby osobników i nastąpiła aż tysiąckrotnie szybciej.

Naśladowanie zachowań lidera zwykle nie stwarza problemów w grupie. Zaczynają się one wtedy, gdy wskutek działania autorytetu gwiazdy czy lidera posłuszna grupa zaczyna mu przypisywać prawo do decydowania o takich sprawach, jak sympatia lub antypatia, akceptacja lub negacja, wykluczenie czy nienawiść. Posłuszni i pochlebcy kopiują wzorzec zachowania od osobnika ze statusem lidera (oraz od siebie na wzajem - wiele ma tu do powiedzenia reguła dowodu społecznego) i nie lubią, a w skrajnych przypadkach wręcz nienawidzą „napiętnowanego” osobnika. Powody takiej decyzji bywają błahe. Gdyby znalazł się ktoś, kto chciałby przełamać to zaklęte koło i na przekór innym zaprzyjaźnić się z takim „napiętnowanym”, wtedy da o sobie znać reguła dowodu społecznego. Osoba taka zostanie uznana za odszczepieńca i ukarana za wyłamanie się z ogólnego „porządku”. W skrajnych przypadkach można odnieść wrażenie, że piętno działa jak trąd. Jeśli ktoś kontaktuje się z osobą uznaną za złą, to zostaje także tak zakwalifikowany przez lidera. Anonimowa reszta bezwolnie podąża za narzucanymi „wzorcami” czy „ideałami”.

Kapitanoza

Określenie to zostało ukute przez pracowników linii lotniczych oraz organizacji zajmujących się badaniem wypadków lotniczych. Analiza kilkuset raportów z takich zdarzeń wykazała, że w wielu przypadkach bezpośrednią przyczyną katastrofy były ewidentne błędy kapitanów, na które nie zareagowali pozostali członkowie załogi. Błędy te trudno było przeoczyć. Choć członkowie załogi samolotu są silnie zaangażowani w jego prowadzenie (od tego zależy ich życie), nie reagowali na katastrofalną pomyłkę kapitana, gdyż był on automatycznie uznany za nieomylnego eksperta. Gdyby nie ulegli kapitanozie, podjęliby jakieś środki zaradcze.

W wielu katastrofach ich przyczyną nie jest ewidentny błąd kapitana tylko jego błędne, autorytarne założenie, niepodważone przez innych członków
załogi, że mimo wszystko jakoś sobie poradzi. Najczęściej wynika to z konfliktu autorytetu własnego kapitana z „bezduszną maszyną”. Historia katastrof lotniczych zna wiele przypadków, gdy komputer pokładowy sygnalizował jakiś błąd (brak paliwa, niewysunięcie się podwozia, nieprawidłowe odczyty prędkości lub wysokości), a kapitan zignorował to, zakładając, że nie jest to ostrzeżenie o faktycznym problemie tylko błąd czujnika, albo że mimo istnienia tego problemu, z pewnością sobie poradzi z maszyną. W większości takich przypadków drugi pilot nie zareagował lub w nielicznych przypadkach jego opór został zignorowany przez kapitana zasłaniającego się swoim autorytetem (szczególnie, gdy drugi pilot był osobą znacznie młodszą wiekiem lub stażem albo dopiero się uczył).

Kapitanoza żadną miarą nie dotyczy wyłącznie samolotów. Wystarczy prześledzić tragiczną historię bodajże najsłynniejszego transatlantyku — „Titanica”. W tym przypadku również u podstaw katastrofy legło błędne założenie kapitana (powielone lub nie zanegowane przez innych członków załogi), że statek jest niezatapialny i żadna góra lodowa nie jest w stanie mu zagrozić.

Autorytet lekarza

Wnioski płynące z działania reguły autorytetu mogą być szczególnie niebezpieczne w lecznictwie. Błędy popełniane przez lekarzy mają często charakter podobny do kapitanozy. Zalecenia wydane przez lekarza nie są kwestionowane ani przez pielęgniarki, ani przez pacjentów, ani przez lekarzy o niższym statusie. Może to prowadzić czasem do sytuacji śmiesznych, ale także do zagrożenia zdrowia albo życia ludzkiego, co dokumentują Michael Cohen i Neil Davis w pracy Medication Errors.

Pewien lekarz przepisał choremu na ucho krople i oznaczył ich aplikację: r ear – miał to być skrót od ang. right ear, czyli prawe ucho. Pielęgniarka odczytała ów skrót jako rear – tyłek – i posłusznie wykonała polecenie, aplikując pacjentowi krople w wiadome miejsce. Leczenie ucha doodbytniczo nawet dla zupełnego laika jawi się jako kompletnie pozbawione sensu. Mimo to, przeciwko takiej formie leczenia nie zaprotestowała ani pielęgniarka, ani sam pacjent, bezmyślnie posłuszni regule autorytetu lekarskiego.

Wnioski płynące z tej historii mogą wydawać się śmieszne. Jednak mechaniczna uległość pielęgniarek wobec lekarzy zainteresowała naukowców, którzy postanowili przeprowadzić eksperyment w bardziej niebezpiecznych warunkach.

Asystent badaczy, podający się za lekarza, dzwonił do szpitala wymieniając jedynie swoje nazwisko, tytuł oraz nazwisko pacjenta i zlecał pielęgniarce podanie choremu leku. Przyjmująca zlecenie nie powinna go wykonać, gdyż było ono niezgodne z procedurą. Po pierwsze, zostało przekazane telefonicznie, co było naruszeniem zasad, które są stosowane w wielu szpitalach. Po drugie, lekarz zlecał podanie specyfiku podlegającego ścisłej reglamentacji. Po trzecie, zlecona dawka dwukrotnie przekraczała dopuszczalną normę, podaną przez producenta i znaną pielęgniarce. Po czwarte zaś, zlecenie zostało wydane przez człowieka, którego pielęgniarka nigdy wcześniej nie spotkała (dzwoniący naukowiec podawał się za lekarza z innego oddziału, zajmującego się danym pacjentem). Pomimo tych czterech „punktów zapalnych”, zaledwie jedna pielęgniarka na dwadzieścia badanych odmówiła wykonania polecenia. Pozostałe posłusznie podeszły do szafy z lekami, przygotowały przepisaną dawkę i udały się w kierunku sali, w której przebywał wskazany pacjent. Po drodze każda z tych pielęgniarek spotykała innego naukowca, który ją zatrzymywał, wyjaśniał o co chodzi w tym eksperymencie i nie pozwalał na zaaplikowanie niebezpiecznej dawki.

Co istotniejsze w tym eksperymencie, zaledwie sześć procent pielęgniarek z innej grupy, zapytanych, jak one by postąpiły w danej sytuacji, stwierdziło, że mogłyby wykonać polecenie. Mamy tu do czynienia z klasycznym niedocenianiem manipulacji. Dla większości osób jawi się ona jako problem odległy i niedotyczący ich samych.

Namaszczanie polityków i nie tylko...

Siła autorytetu wynikająca z posiadania znanego nazwiska lub znajomości z rozpoznawalną osobą jest trudna do przecenienia. Wielu młodych kandydatów uzyskuje w wyborach fotele poselskie i senatorskie dzięki „namaszczeniu” przez znanych i lubianych polityków starszego pokolenia. Wyborcy popełniają jeden z podstawowych błędów socjotechnicznych – stosują przeniesienie cech jednej osoby na inną, choć między tymi dwoma osobami nie ma żadnego związku. Logicznie myśląc, fakt, że znany (i być może dobry) polityk „namaścił” kogoś innego, dopiero początkującego, nie daje nam gwarancji, że ta osoba będzie tak samo dobrym politykiem. Nie mamy nawet pewności, czy będzie realizować ten sam program polityczny co „namaszczający” polityk.

Wykorzystywanie znanych nazwisk ma często na celu zareklamowanie produktu w sposób pośredni lub bezpośredni kojarzonego z danym nazwiskiem. Stąd bierze się cała seria książek sygnowanych nazwiskami znanych pisarzy albo osób nagrodzonych jakimiś znaczącymi nagrodami. Na przykład: „Andrzej Sapkowski poleca”, „Katarzyna Grochola poleca”, „Nowa książka laureata Nike”, „Książka autora nominowanego do Nagrody Nobla”, „Książka nominowana do Nagrody Pulitzera” itd. Możemy założyć, że znani pisarze czytają tylko dobre książki lub tylko takie reklamują. Jeśli jednak coś podobało się jednej osobie – znanej czy nieznanej – żadną miarą nie gwarantuje to, że przypadnie do gustu komuś innemu. Gusta są i powinny być różne.

Podobnie jest z reklamowaniem kolejnej książki danego autora przez powołanie się na sukces pierwszej. Owszem – szanse na to, że znany i sprawdzony autor napisze kolejną dobrą książkę są dużo większe niż na dobrą książkę pisarza debiutującego, nieznanego. Ale tylko szanse. Równie dobrze może się okazać, że kolejna książka znanego autora będzie słaba, a utwór debiutanta znakomity.

Magiczne tytuły

Znane nazwiska, uznane tytuły naukowe, czy pełnienie ważnych funkcji to podstawa pojmowania autorytetu. Często jednak ślepe, mechaniczne uleganie im, czy powołującym się na nie autorytetom może prowadzić wręcz do sytuacji absurdalnych.

Oto dwa przykłady. Na początku lat osiemdziesiątych dwóch psychologów amerykańskich skopiowało tekst kilkunastu prac naukowych, zmieniając jedynie tytuł, nazwisko autora i nazwę uczelni, z której on pochodził – na mało znane. Następnie – nie zmieniając nawet słowa – wysłali owe prace do czasopism, w których oryginalne artykuły ukazały się kilkanaście miesięcy wcześniej. W przypadku aż 75% prac redakcje czasopism nie wykryły plagiatu i wysłały artykuły do recenzji. Co ciekawe – prawie 90% prac zostało odrzuconych przez recenzentów jako treściowo albo merytorycznie kiepskie, podczas gdy kilkanaście miesięcy wcześniej prace te były warte publikacji. Wówczas jednak ich autorami byli znani naukowcy, pochodzący z prestiżowych uczelni.

Równie ciekawy eksperyment przeprowadził pewien pisarz, który w dziesięć lat po publikacji świetnej książki znanego na całym świecie pisarza przepisał ją słowo w słowo. Manuskrypt „nowej książki” podpisany nikomu nieznanym nazwiskiem został wysłany do dwudziestu ośmiu wydawców, włącznie z tym, który wcześniej książkę wydał. Propozycja wydania została odrzucona przez wszystkich. Jednak żadne z wydawnictw nie wykryło plagiatu.

Podsumowanie

Osoby zainteresowane poszerzeniem powyższych wiadomości zapraszamy do lektury ośmego rozdziału książki pod tytułem „Socjotechnika. Podstawy manipulacji w praktyce”.