Czy Kościół katolicki jako instytucja może mieć coś wspólnego z socjoinformatyką? I jeśli tak, to co? Może i ma. Na tej same zasadzie, jak każda inna dziedzina życia, której dotyczy kwestia przechowywania danych osobowych. Bo to zagadnienie prowadzi nas wprost do kradzieży tożsamości, czyli socjoinformatyki w najczystszej postaci.
Tomasz Trejderowski
Kwestie odpowiedniego przechowywania i ochrony danych osobowych gromadzonych przez Kościół katolicki frasowały umysły nie tylko wielu parafian, ale również instytucji rządowych bezpośrednio z tym tematem związanych — np. Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych (GIODO). Aby uporządkować te sprawy, 23 września b.r. Sekretariat Konferencji Episkopatu Polski wydał instrukcję „Ochrona danych osobowych w działalności Kościoła katolickiego w Polsce”. Donosi o tym fakcie „Gość Niedzielny” numer 40/2009 z 4 października 2009 r. (tekst Joanny Jureczko-Wilk, „Kartoteki pod ochroną”). Już we wstępie poświęconego temu wydarzeniu artykułu autorka stwierdza, że wydana instrukcja rozwiewa „(...) wszystkie wątpliwości w tych kwestiach”. Jednak dalsza lektura tekstu wskazuje jednak na coś innego. Przynajmniej z punktu widzenia socjoinformatyki i kradzieży tożsamości nie wszystkie sprawy zostały uregulowane w sposób gwarantujący bezpieczeństwo zainteresowanych.
Wierząc mimo wszystko w rzetelność cytowanego pisma, pozwalam sobie oprzeć swoje wątpliwości na podstawie analizy rzeczonego artykułu, bez zagłębiania się w treść samej instrukcji.
Misja Kościoła
Cytując fragment artykułu:
Kościół prowadzi swoją misję, opierając się na przepisach prawa kanonicznego i konkordatu. Ale jak każda jednostka, gromadząca, przetwarzająca i przechowująca różne informacje o jej członkach, zobowiązany jest do przestrzegania ustawy o ochronie danych osobowych. A zbiorów danych w kościelnej praktyce jest bardzo wiele: począwszy od parafialnych kartotek, przez listy uczniów uczęszczających na katechezę, osób przystępujących do sakramentów, po informacje o tych, którzy korzystają z oferty kościelnych instytucji i organizacji, chociażby Caritas.
Do tego miejsca jak najbardziej poprawnie, artykuł wprowadza nas w zagadnienie w sposób rzetelny. Pierwsze wątpliwości pojawiają się nieco dalej. Autorka stwierdza, że Kościół nie ma obowiązku rejestrowania danych osobowych w GIODO (ani — w domyśle — pozyskiwania zgody zainteresowanych), jeśli dotyczą one osób należących do Kościoła i związane są z pełnioną przez niego misją. Jako przykłady takich zbiorów danych wymieniane są między innymi: dane członków instytutów życia konsekrowanego, księgi parafialne, dane darczyńców i uczniów szkół katolickich. Moje wątpliwości budzą trzy ostatnie.
Kwestia pozyskiwania danych z ksiąg parafialnych nie podlega dyskusji. Wieloletnia praktyka socjotechniczna i socjoinformatyczna (pojawiająca się nawet (!) w literaturze sensacyjnej — por. Frederick Forsyth, „Szakal”) wielokrotnie udowadniała, jak cennym źródłem informacji są takowe księgi dla socjotechników i osób poszukujących dane celem uwiarygodnienia kradzieży tożsamości. Odpowiednio przetworzone pozyskane w ten sposób dane mogą posłużyć nawet do wyrobienia sobie fałszywego dowodu osobistego lub paszportu (w majestacie prawa!), bo księgi parafialne zawierają przede wszystkim dane o zgonach parafian, a to podstawowe źródło informacji dla socjotechnika — wszak najłatwiej podszyć się pod zmarłą osobę, jeśli kradzież tożsamości potrzebna jest na wiele tygodni lub miesięcy, a nie na potrzeby krótkotrwałego epizodu ataku socjotechnicznego. Biorąc to pod uwagę muszę przyznać, że nie obejmując ksiąg parafialnych nie tylko ścisłym nadzorem ale chociażby koniecznością rejestrowania takich zbiorów, hierarchowie Kościoła katolickiego wykazali się daleko idącą krótkowzrocznością. Zaś fakt, że cytowaną wyżej instrukcję podpisał również generalny inspektor ochrony danych osobowych stawia w niekorzystnym świetle również i tą instytucję.
Brak konieczności rejestrowania danych osobowych darczyńców oraz uczniów szkół katolickich jest również w mojej opinii pewnym nieporozumieniem. Zbiórka darów oraz nauczanie młodzieży nie są częścią misji Kościoła katolickiego, którą jest szerzenie wiary katolickiej. Różnymi metodami — zgoda — oraz przy współudziale działalności dodatkowej (tu na przykład nauczanie), często chwalebnej, ale jednak nie wchodzącej w zakres misji podstawowej. Dlatego, jeżeli w tym przypadku gromadzenie danych osobowych jest konieczne (co na przykład budzi pewne wątpliwości w przypadku zbiórek darów — wszak sam Chrystus mówił, by jałmużny dawać anonimowo — „niech nie wie twoja prawica, co czyni lewica”), to zupełnie nie rozumiem, dlaczego takie zbiory danych mają nie podlegać obowiązkowi rejestracji, kontroli ze strony GIODO oraz samych zainteresowanych? Jeżeli szkoły publiczne podlegają takiemu obowiązkowi, a fakt nieupubliczniania danych ich uczniów podlega często restrykcyjnym, a czasem nawet kontrowersyjnym kontrolom, to na podstawie czego miałyby być z tego wykluczone szkoły katolickie? Nie dość, że włączanie nauczania w elementy misji Kościoła katolickiego jest moim zdaniem pomyłką, to jeszcze — rodzic posyłając dziecko do szkoły chce mieć pewność, że wszelkie związane z nim dane osobowe będą należycie chronione i rejestrowane. Niezależnie od tego, czy posyła owo dziecko do szkoły publicznej, prywatnej, świeckiej, czy katolickiej.
Równi i równiejsi, czyli niepraktykujący i niewierzący
Dość ciekawe jest podejście wspomnianej instrukcji do zagadnienia osób luźno lub wcale związanych z Kościołem katolickim. Okazuje się bowiem (jeśli tylko autorka cytowanego artykułu nie dokonała nadinterpretacji), że o ile dane osobowe parafian niepraktykujących zostały zaliczone do grupy nie wymagających rejestracji w GIODO (i w domyśle — nie podlegających drobiazgowej kontroli), o tyle w przypadku gromadzenia danych o niewierzących mieszkańcach parafii niezbędne jest pozyskanie ich zgody na to oraz występuje obowiązek rejestracji takiego zbioru danych. Dość ciekawa interpretacja muszę przyznać. Kościół musi pytać tych, którzy jawnie stwierdzają swój brak wiary o pozwolenie na gromadzenie ich danych, ale może swobodnie i bez większej kontroli obracać danymi tych, którzy niby katolikami są, ale do kościoła nie chodzą. Nie rozumiem tego zupełnie. Kontakt z wierzącymi, ale nie praktykującymi jest częścią misji Kościoła katolickiego i na podstawie tego został zwolniony z obowiązku rejestracji, ale zasada ta nie dotyczy już osób niewierzących? Ci już do misji Kościoła nie należą? Ktoś tu chyba coś pomylił.
Słynne „zapowiedzi” przedślubne
Ponownie pozwolę sobie zacytować fragment artykułu:
Wiele pytań, które dotarły do Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych, dotyczyło „zapowiedzi”, czyli wywieszania w kościelnych gablotach i podawania do publicznej wiadomości imion i nazwisk narzeczonych, zamierzających zawrzeć sakrament małżeństwa. Ta praktyka wynika z kodeksu prawa kanonicznego, który zobowiązuje wiernych wiedzących o przeszkodach małżeńskich do poinformowania o nich proboszcza lub biskupa. Podanie imion, nazwisk narzeczonych i ewentualnie parafii pochodzenia nie jest więc niczym złym. Jeśli jednak w gablocie oprócz tego wisiałyby na przykład adresy ich zamieszkania, narzeczeni powinni wcześniej wyrazić na to zgodę.
No, cóż... Zobaczymy, jak to będzie za kilka miesięcy, gdy rzeczona instrukcja zacznie być respektowana przez parafie i księży proboszczów. Sam brałem ślub kilka lat temu, a imiona, nazwiska i pełne adresy moje i żony stały, jak woły przywiązane do płota, na tablicy ogłoszeń parafialnych przez bite kilka tygodni. Nie muszę chyba dodawać, że nikt nie pytał się mnie o zgodę na to. Gdy z kolei ja zapytałem znajomego księdza o potrzebę upubliczniania adresów oraz podstawę prawną tego procederu, to odpowiedział mi, że prawnie wynika to z zapisów prawa kanonicznego. Nie umiał jednak powiedzieć, jaki sens ma podawanie adresów? Do dziś nie uzyskałem na to satysfakcjonującej odpowiedzi. Z treści cytowanego wyżej fragmentu można natomiast odnieść wrażenie, że już przed opublikowaniem instrukcji nie podawano do wiedzy ogólnej adresów. Ton wypowiedzi sugeruje, że fakt ten jest oczywisty. Ja natomiast mam zupełnie odmienne wrażenia i poglądy. Moim zdaniem na długo przed podpisaniem instrukcji większość parafii swobodnie publikowała adresy parafian chcących zawrzeć sakrament małżeński, nie pytała się ich o zgodę na to i nie widziała w tym nic zdrożnego. Czy cokolwiek w tej materii ulegnie zmianie — pokażą następne miesiące i lata.
Ksiądz po kolędzie...
Na zakończenie niniejszego artykułu nieco humorystyczny akcent. W ostatniej części cytowanego tekstu pojawia się wypowiedź księdza kanonika Bogdana Bartołd, proboszcza bazyliki archikatedralnej w Warszawie. Mówi on:
W czasie wizyty duszpasterskiej w rodzinach zapisujemy w kartotece, kto przyjął kolędę, czy w domu są symbole religijne, czy domownicy są osobami religijnymi, czy na przykład żyją w związku niesakramentalnym. (...) Po to, by lepiej otoczyć troską duszpasterską konkretną rodzinę, z jej problemami. Nie zapisujemy numerów kont bankowych, stanu majątkowego — chyba że widzimy, iż osoba potrzebuje pomocy materialnej. Nie pytamy o orientację seksualną ani poglądy polityczne. Nie zapisujemy też w kartotece, czy ktoś płaci regularnie składki na kościół.
No, cóż... Szczególnie to ostatnie brzmi dość dwuznacznie. Zainteresowanych zapraszam do odwiedzenia parafii w Tychach-Czułowie. Wśród jej parafian od lat krąży, oczywiście nieoficjalna pogłoska, że ksiądz proboszcz (figura nieruszona od z górą dwudziestu już lat mimo dawno przekroczenia wieku emerytalnego i mimo wielu kontrowersyjnych zachowań — pachnie rydzykalizmem) zapisuje, ile która rodzina zapłaciła datku na danej kolędzie. Jeśli któraś da mniej, jak sto złotych, w następne Boże Narodzenie z kolędą odwiedzi ich wikary. Proboszcz już na pewno nie. Plotka jest powtarzana tam z taką pewnością i oczywistością, że trudno nie wierzyć w jej prawdziwość.
Ojej. Miało być humorystycznie na koniec, a wyszło jak zwykle — żałośnie.
Listopad 13th, 2009 - 00:11
Bardzo inetresujące potraktowanie tematu…