Przed długim weekendem majowym na wielu stacjach paliw doszło do dużych podwyżek cen. W skrajnych przypadkach o kilkanaście bądź kilkadziesiąt gorszy na litrze. Sprytni właściciele stacji chcieli zarobić niemałe pieniądze na wyjątkowo dużej w tym okresie ilości podróży samochodowych, a co za tym idzie, wyjątkowo dużej konsumpcji paliw. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów poproszony o sprawdzenie, czy w tym przypadku nie doszło do zmowy cenowej wykazał się tak daleko idącą krótkowzrocznością, że wręcz stawia to pod znakiem zapytania sens istnienia tego urzędu.

Po serii sukcesów (czytaj więcej tu i tu) UOKIK wykazał się w dniu dzisiejszym wyjątkową krótkowzrocznością, a wręcz ośmieszył się. Odmówił wszczęcia postępowania sprawdzającego, czy mieliśmy do czynienia ze zmową cenową. W ramach argumentacji, rzecznik urzędu powiedział, że w przeszłości podjęto kilka lub nawet kilkanaście takich prób i zawsze kończyły się one fiaskiem. Właściciele stacji benzynowych tłumaczyli się, że nie doszło do żadnej zmowy, a podniesienie cen było jedynie „podążaniem za konkurencją”.

Jest co najmniej śmieszne, jeśli nie żałosne, czy wręcz żenujące pytanie winowajcy o to, czy popełnił zarzucany mu czyn! Tylko wyjątkowo naiwny by się przyznał. Ustalenie, czy do zmowy cenowej doszło jest w opisywanym przypadku rzeczą banalnie prostą i sprowadza się do sprawdzenia, czy wzrost na stacjach był powiązany ze wzrostem u dostawców paliw. Podejście, jakie zaprezentował UOKIK może mieć znamiona uczestniczenia w przestępstwie. Oby tak nie było. Na pewno jest natomiast działaniem na szkodę podatników, którzy istnienie tego urzędu finansują z opłacanych przez siebie podatków i którzy coraz bardziej zastanawiają się, czy istnienie urzędu, który tak łatwo odmawia stawania w obronie ich interesów (zasłaniając się przy tym tak żenująco niskich lotów argumentami) ma jakikolwiek sens?